Dlaczego nie czytam szkolnych lektur?

Jeżeli w godzinach 8-14 łącza chodzą dwa razy szybciej niż normalnie, a popołudniu serwisy quasi-rozrywkowe (kwejki, wykopy i inne demotywatory, czyli tania rozrywka dla motłochu) są pełne obrazków czy chłodnych historyjek o ciemiężonych w szkole uczniach, którym nie dają żyć nauczyciele, to jest to niezawodny znak, że rok szkolny w pełni. Ja nie dołączam do chórku lamentujących gimnazjalistów/licealistów, mój stosunek do nauki szkolnej jest indyferentny, mnie nie dotyczy. Z każdego przedmiotu da się dwójkę wyciągnąć, a na lepszych stopniach mi nie zależy; ważne to, co w głowie, a nie w dzienniku. Zdecydowanie wolę czytać ciekawe książki niż ślęczeć nad podręcznikami bądź zeszytami.
Moja fascynacja tak prozą, jak i poezją (chociaż ostatnio odchodzę od beletrystyki na rzecz pozycyj specjalistycznych, ale nie o tym), pociąga za sobą niebywałą niechęć do czytania lektur. Dla niektórych może to zabrzmieć paradoksalnie, więc czuję się zobowiązany wyjaśnić powody:
- Wrodzony nonkonformizm nie pozwala mi wykonywać czynności, które ktokolwiek mi odgórnie narzuca. W ministerialnym kanonie lektur znajdują się być może pozycje warte wypożyczenia czy kupienia, jednak sam fakt, że to Ministerstwo Edukacji Narodowej, a bezpośrednio placówka dydaktyczno-wychowawcza (czyli też organ państwowy) napawa mnie obrzydzeniem.
- Czytanie jest jednym z najbardziej intymnych aktów. Nawet seks (przynajmniej od pewnego wieku) to robota dla dwóch – a czasem nawet i więcej, ale zachowam pozorny konserwatyzm i o tym pisał nie będę – osób. Natomiast kiedy bierzemy do ręki zadrukowane kartki, jesteśmy sami. Tylko my oraz nasza imaginacja świata przedstawionego, wyobrażamy sobie, co właśnie dzieje się, jak akcja toczy się na kolejnych stronnicach, co chciał nam przekazać autor. Doznania iście metafizyczne i bardzo osobiste, żaden uzurpator nie ma prawa narzucać mi tekstu, który w jego mniemaniu byłby godny odnotowania. My bookcase is my castle.
- Ludzie są różni. Każdy człowiek jest odrębnym indywiduum, ma odmienną szybkość dojrzewania – nie tylko płciowego, ale i intelektualnego. Żaden psycholog, pedagog ani ekspert rządowy nie jest w stanie jednoznacznie ocenić, w jakim wieku będziemy gotowi, by zmierzyć się z daną pozycją. „Zbrodnię i karę” Fiodora Dostojewskiego wypożyczyłem pierwszy raz w sierpniu ubiegłego roku i po przejrzeniu kilku stron uznałem, że nie jestem jeszcze gotowy. Dopiero po kilku miesiącach zrobiłem drugie podejście, tym razem zakończone sukcesem. Gdybym mimo trudów starał się przeczytać to wybitne dzieło już za pierwszą próbą, pewnie dotarłbym do końca, ale nie zrozumiał zdecydowanej większości metafor, porównań, opisy psychologiczne i rozterki bohaterów nużyłyby mnie miast ciekawić i niechybnie znienawidziłbym rosyjską literaturę.
- Punkt ostatni – najważniejszy. Cokolwiek czynię z przymusu, tracę zapał i chęci. Gdybym musiał odbębnić tę a tę pozycję, pewnie zrobiłbym to, ale bez czerpania jakiejkolwiek radości obcowania z lekturą. Kiedy czytanie nosi znamiona przymusu (i, nie daj Boże, goni nas termin), tracimy możliwość wczucia się w fabułę i bieg wydarzeń. Możemy wychwycić najważniejsze fakty, w naszym mózgu zakodowane zostaną informacje nt. akcji i postaci, ale tu nie chodzi o to. Kiedy czytam, chcę stać się jakby częścią świata przedstawionego. Jeżeli biorę powieść do ręki z własnej woli, to czuję na swojej twarzy but O’Briena gnębiący twarz Winstona Smitha. Razem z Józefem K. odbieram absurdalność całego procesu, całym sobą staram się pojąć, o co w tym wszystkim chodzi, widzę tę niedorzeczność i próbuję razem z bohaterem przezwyciężyć problemy ustroju, chociaż wiem, że próby sczezną na niczym. Mogę być w końcu to Humbertem, to Lolitą, naprzemian wchodzić w ich psychiki, doszukiwać się pobudek, które sprowokowały HH do tak haniebnego w oczach większości czynu, ale też próbować zrozumieć, co czuła Dolores, kiedy tak niewinna i czysta, wyzbyła się cnotliwości na rzecz ojczyma. Studiując teksty samemu, mogę sobie odpowiedzieć na pytania: “Dlaczego?”, “Jak?”, “Po co?”Kiedy zaś muszę odhaczyć lekturę, skupiam się jedynie na zapamiętaniu faktów, które mogą przydać się na maturze bądź sprawdzianie. “Kto?”, “Co?”, “Kiedy?”, “Gdzie?”. Nie wczuję się w orwellowski nastrój grozy, zakoduję tylko, że Smith żył, zbuntował się, schwytali go i gnębili. Ot – tyle. Nie wejdę w surrealizm Kafki, będę wiedział tylko tyle, że odbywał się dziwny proces i w końcu Józef zginął. Nie będę w końcu w stanie zrozumieć, czym kierowali się bohaterowie ‘Lolity’, zapadną mi w pamięcy tylko suche fakty: Humbert miał 40 lat i posuwał swoją dwunastoletnią pasierbicę.
Dlatego wolę odpuścić sobie lektury. Część interesujących pozycyj z kanonu już kiedyś zdarzyło mi się przeczytać, część pewnie w przyszłości jeszcze wpadnie w moje ręce. Jedynkami z kartkówek się nie przejmuję, czymś innym nadrobię, a na specjalnie dobrych oceniach mi nie zależy (vide: akapit 1.), więc mogę spokojnie relaksować się lekturą tego, co ja uznam za słuszne. Vive la liberté!
Jakbym czytał opis samego siebie!
Z tą różnicą, że jestem prawie dwa razy starszy i już wychowuję kolejne pokolenie w wolnościowym duchu, więc poglądów nie zmieniłem. Mam dokładnie takie same reakcje i identyczne zdanie o szkole, ocenach i samokształceniu dla własnej satysfakcji lub z potrzeby praktycznej, a nie z odgórnego, instytucjonalnego nakazu. Mam identyczne podejście do lektur szkolnych, mimo, że przeciętnie czytam 3 książki równocześnie z tematyki wszelakiej (mechatronika, informatyka, elektronika, ekonomia, polityka, psychologia, filozofia). Nie będę się rozpisywał, bo nie mam czasu – gratuluję i życzę wytrwałości, zwłaszcza w kontakcie z takimi imbecylami jak autor tej defekacji intelektualnej:
“wychodzi na to że jesteś zjebany a nawet by cie można nazwac pierdolniętym tato ci naopowiadał pierdół bo mu bagiety wbuiły na chate i dlatego nie lubisz państwa , nie monarchista tylko człowiek bez godności nie minarchista tylko cwel a o autonomi poprostu przestań pierdolić”
podpisany jako “chasło”
Tu nawet nie ma co komentować, oprócz wulgaryzmów i błędów ortograficznych, czy też zwykłego niechlujstwa piszącego.
Dla prostaka rozmyślania filozofa nad sensem istnienia to bzdury wariata, co nie znaczy, że tenże filozof jest faktycznie wariatem, a prostak śmiejący mu się w twarz inteligentem i realistą, choć w jego mniemaniu tak jest w istocie – niestety to tylko jego subiektywne odczucie nie mające przełożenia na rzeczywistość. Ja sam byłem przez prostaków posądzany o “pomroczność jasną”, gdy wypowiadałem publicznie tezy przekraczające ich zdolności pojmowania, a jak nie ignorowałem drwin za plecami i odwracając się prosiłem o przedstawienie rzeczowych kontrargumentów prostaczki nabierały wody w usta i już nie mieli nic ciekawego do powiedzenia.
Przygotuj się na kompletne niezrozumienie. Wystarczy, że wybijasz się intelektem (mogę to z całą powagą napisać, że do twojego poziomu intelektualnego nie dorasta wielu dorosłych ludzi, z którymi miałem styczność i nigdy nie dorosną), więc dodatkowy ekscentryzm (muszka, archaizmy) są zbyteczne – ludzie będą czepiać się tych detali, bo tylko to im zostanie, jeśli nie będą mogli pojąć Twoich wywodów. To taka dobra rada od niedoszłego posła z KNP i pokrewnej duszy.
Pozdrawiam.
PS.
Sam przymierzam się do założenia bloga, ale z braku czasu przekładam to ciągle na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Ocho, miło wiedzieć, że gdzieś-tam jest bratnia dusza
Niezbyt przejmuję się opiniami jednostek pokroju ~chasło. Przyjąłem sobie zasadę, że osoba inteligentna by mnie nie obrażała, a nieinteligentna nie potrafi, dzięki czemu mogę spać spokojnie. Muszka to po trosze przejaw ekscentryzmu, ale nie mógłbym z niej zrezygnować, już jestem przez niektórych kojarzony właśnie z owadem pod karkiem.
Zachęcam do założenia bloga, bardzo ciekawe zajęcie i niezwykle rozwijające twórczo.
Pozdrawiam,
BW